O podróżach w przeszłości – część 3


W poprzednich częściach pisałam o podróżach krzemieni, o szlaku bursztynowym, scytyjskich i huńskich wizytach na terenie dzisiejszej Polski. Dziś wezmę na warsztat moją ulubioną epokę – średniowiecze. Będzie o grodziskach, skarbach, Truso i chrystianizacji Bałtów.

                W pewnym momencie wczesnego średniowiecza zaczęto budować warowne grody, po których zostały liczne ślady widoczne w terenie. Grody były ośrodkami administracyjnymi ale przede wszystkim pełniły funkcję obronną. Najczęściej służyły okolicznej ludności za schronienie w przypadku zagrożenia, czasem były też strażnicami kupieckich szlaków. Tak było w przypadku grodu w Owidzu pod Starogardem Gdańskim. Był to jeden z ważniejszych grodów na Kociewiu. Założono go na wysokim wzgórzu, które, w czasach funkcjonowania grodu, z trzech stron otaczała rzeka. Owidz leżał w pobliżu traktu zwanego „via mercatorum” czyli drogi kupców, którą wytyczono już w okresie pradziejowym. Potem, w XIV wieku, o szlaku wspominają joannickie przywileje lokacyjne, nazywając go „via domini Grimislai” – drogą księcia Grzymisława.

                Innym wczesnośredniowiecznym grodem leżącym na kupieckim szlaku, jest ten z Luzina w powiecie wejherowskim na Pomorzu. Powstały w IX wieku gród o owalnym kształcie i niewielkich wymiarach miał pełnić funkcję strażnicy drogi biegnącej Z Gdańska do Słupska. Badania grodziska nie były zakrojone na szeroką skalę, jednak niewielkie wymiary założenia oraz brak cmentarzyska zdają się potwierdzać jego rolę jako strażnicy kupieckiego szlaku. O kontaktach handlowych świadczy z pewnością skarb odkryty w sąsiedztwie grodziska. Znajdowało się w im około 300 monet – arabskich, angielskich, niemieckich i krzyżowych.

                Powyższe przykłady nie są może znane szerokiemu gronu pasjonatów archeologii, natomiast z Truso sprawa ma się zdecydowanie inaczej. Była to osada rzemieślniczo-handlowa o charakterze wczesnomiejskim zlokalizowana w okolicach dzisiejszego Elbląga, nad Jeziorem Drużno. Był to teren o charakterze obronnym – położony pomiędzy ciekami wodnymi, o wyraźnie zaznaczonych granicach chronionych umocnieniami. W szczytowym okresie rozwoju Truso zajmowało około 15 hektarów powierzchni. Dzięki analizie odkrytych śladów zabudowy oraz wyrobów zauważono, że osada bardzo wyraźnie nawiązuje do miast portowych z Półwyspu Jutlandzkiego – Hedeby i Ribe. Ośrodek handlowy pod dzisiejszym Elblągiem był więc dziełem skandynawskich przybyszów.

Rzemiosło na terenie Truso było bardzo silnie rozwinięte. Odkryto tu warsztaty kowalskie, ślady działalności bursztyniarzy, rogowników, jubilerów i szklarzy. Nie bez znaczenia była także lokalizacja osady. Wpływała ona nie tylko na walory obronne ale i na jej polietniczny charakter. W protomieście założonym przez Skandynawów, na terenie granicznym pomiędzy ziemiami Bałtów a Słowian, z pewnością mieszały się nie tylko przedmioty ale także krew, języki i wierzenia. Co ciekawe, na podstawie znalezisk archeologicznych stwierdzono, że obok siebie musieli tu pokojowo koegzystować chrześcijanie i wyznawcy starej wiary – skandynawskiej, słowiańskiej i bałtyjskiej. Wraz z końcem epoki wikingów skończyła się także historia Truso. Choć, właściwie, ma szansę ożyć na nowo pod postacią planowanej rekonstrukcji. Na razie można oglądać wystawę „Truso-legenda Bałtyku” prezentowaną w Muzeum Archeologiczno-Historycznym w Elblągu.

Truso szukano przez około 400 lat. Ostatecznie zlokalizowano je dzięki bardzo ważnemu źródłu – opisowi podróży Wulfstana. Jest to jedyna, znana nam jak do tej pory, wzmianka o Truso i pierwsze źródło opisujące bardzo dokładnie stosunki etniczne panujące we wczesnym średniowieczu  w basenie Morza Bałtyckiego. Niewątpliwie przewagą opisu Wulfstana nad innymi źródłami był cel jego wyprawy. Wulfstan był podróżnikiem mającym zebrać jak najwięcej informacji i dostarczyć je swojemu władcy. Natomiast znakomita większość źródeł pisanych, którymi dysponujemy dla czasów przed pełnym średniowieczem to opisy kupców i krzewicieli nowej wiary – w takich wypadkach opisy  powstają przy okazji realizacji innych celów i są o wiele mniej szczegółowe i bardziej fantastyczne.

Morska podróż Wulfstana zaczęła się w Haede i trwała siedem dni i siedem nocy przy czym okręt cały czas płynął pod żaglami. Podróżnik opisywał, że po prawej ręce miał Słowiańszczyznę nazywaną przez niego Weonodland, natomiast po lewej należące do Danii Langland, Lealand, Falster i Skonię. Potem po lewej stronie byłą ziemia Burgundów z samodzielnym władcą a następnie wymienia nazwy szwedzkich wysp. Słowiańszczyzna natomiast kończyła się u ujścia Wisły – od tego miejsca zaczynała się kraina Estów, czyli Bałtów. W tym granicznym miejscu znajduje się właśnie Truso.

Na Truso jednak Wulfstan swojej podróży nie zakończył. Kontynuował ją wewnątrz terytorium Bałtów (Prusów). Dzięki niemu znamy przebieg stypy u tego ludu, wiemy że Prusowie pili kumys i potrafili wytwarzać lód służący im do przechowywania zwłok do czasu pogrzebu.

Kolejnymi ludźmi, którzy odwiedzili pogańskich Bałtów, byli chrześcijańscy misjonarze. Pierwszym z nich był św. Wojciech – czeski książę z rodu Sławnikowiców. Przybywszy do Pomezanii, na tereny graniczne, odprawił zbrojną drużynę. Misjonarze przeprawili się przez graniczną rzekę, skąd zostali zaprowadzeni do osady i postawieni przed wiecem. Biskup przedstawił swój cel – chrystianizację. Bałtom propozycja nie przypadła jednak do gustu i nakazano mu opuścić terytorium pod groźbą śmierci. W drodze powrotnej Wojciech zatrzymał się i naradził z towarzyszami. Podjęli decyzję o powrocie na terytorium Prusów i ponowieniu próby chrystianizacji. Ostatecznie Wojciech zginął z rąk pogańskich wojowników a pozostali zostali puszczeni wolno. Najlepiej na całej wyprawie wyszło przyszłe Królestwo Polskie – zyskało cenne relikwie będące silnym argumentem politycznym.

Kolejną wyprawę misyjną na terytorium pruskie podjął Bruno z Kwerfurtu a pchnęła go do tego wieść o śmierci św. Wojciecha. Zrezygnował wtedy z kariery dworskiej i wstąpił do klasztoru. O wyprawie Brunona wiemy niewiele. Zginął on męczeńską śmiercią wraz z 18 towarzyszami wczesną wiosną 1009 roku gdzieś na pograniczu jaćwieskim.

Prusom nie było dane zaznać stałego, religijnego pokoju. Tym razem wyprawił się do nich Chrystian z Oliwy i tym razem misja zakończyła się sukcesem. Było to efektem porozumienia z Zakonem Kzyżackim. W ramach układu miał nastąpić podział schrystianizowanego terytorium – 1/3 miała zostać własnością Zakonu. Chrystian trafił do niewoli pruskiej a Zakon nie kwapił się, by uwolnić misjonarza. Uwięzienie Chrystiana było Krzyżakom na rękę – nie musieli trzymać się wcześniejszych ustaleń. Misjonarz został ostatecznie uwolniony a Prusy podzielono na diecezje i przydzielono Krzyżakom. Był to początek upadku pogańskich Prus a wierzenia bałtyjskie znamy dziś głównie dzięki litewskiemu folklorowi.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *